W wywiadzie dla „Repliki” Michał Głowiński określił II tom dzienników
Jarosława Iwaszkiewicza „najpiękniejszą polską prozą miłosną od lat”. Z kolei
Błażej Warkocki stwierdził, że to jedna z najważniejszych polskich powieści
homoseksualnych XX wieku.
O tym, że Jarosław Iwaszkiewicz
jest jedną z ikon polskiego homoseksualizmu czasów PRL-u (i właściwie nie tylko tych), nikogo przekonywać nie trzeba. Jego
opowiadania pełne są – czasem głęboko ukrytych - odniesień do męsko-męskiej miłości. Również barwne życie uczuciowe pisarza obfituje w takie epizody.
Swoją największą homoseksualną miłość – Jerzego Błeszyńskiego - Iwaszkiewicz
uwiecznił nie tylko w opowiadaniu „Kochankowie z Marony”, ale również w swoich
prywatnych zapiskach. To właśnie romans z Jerzym Błeszyńskim zostaje
wyeksponowany – obok rozterek politycznych czy frustracji związanych ze
starością i przemijaniem – w drugim tomie dzienników.
Ta historia uczucia starzejącego
się wybitnego pisarza i młodego robotnika nie należy do pięknych, łatwych i uwieńczonych
happy-endem - odciska się na niej przede wszystkim życie. Zarówno Iwaszkiewicz
jak i Błeszyński mają żony i dzieci (a Błeszyński nawet kochankę) oraz
rozliczne zobowiązania. Szarość życia stale przeplata się z pięknem wspólnie
spędzonych chwil. Jednak największym wrogiem tej miłości okazuje się choroba –
gruźlica wyniszcza Jurka w zastraszającym tempie. Jednak czy śmierć jest w
stanie położyć kres tej miłości?
Siła drugiego tomu dzienników nie
tkwi może nawet w tym, że „pan na Stawisku” pisze o homoseksualizmie zupełnie
otwarcie (inaczej niż w opowiadaniach krążących w oficjalnym obiegu), ale w
sposobie jego opisania. Te zapiski po prostu chwytają ze serce, wzruszają –
Iwaszkiewicz (nota bene geniusz pióra)
opowiada o swoim partnerze i łączącej ich więzi pięknie, czule i z
miłością. Trudno pozostać wobec tego obojętnym. Zresztą, sami zobaczcie:
„Jureczku najdroższy, dziecko
moje, przyjacielu mój – te trzy tygodnie w Sobieszowie spędziłem z tobą. Byłeś
przy mnie w każdej chwili, czułem Cię przy sobie i myślałem, że dopiero wczoraj
wyjechałeś (…). Rozumiałem Ciebie i czułem Ciebie, i wiedziałem, że kochałeś
mnie (…). W te dni kochałeś mnie najbardziej, potrzebny ci byłem i myślałeś, że
jakimś cudem, cudem mojej miłości, ocalę Ciebie. Miałeś do ostatniej chwili tę
nadzieję, że coś się stanie i będziesz żył dzięki mnie. I dlatego tak strasznie
rozpaczałeś, kiedy Cię zawiodłem. Byłeś teraz przy mnie, jak w tej depeszy,
byłeś każdej, każdej chwili – i kochałem Cię bardziej niż kiedykolwiek, do bólu,
do obłędu. Nie bój się, to nie obłęd, nie trwóż się, śpij spokojnie, śpij,
kochany, ja jestem przy Tobie, jestem całym wielkim odruchem mej niemogącej
ustać ani na chwilę miłości. moje dziecko, mój przyjacielu, mój jedyny”. (6
kwietnia 1960)
„Ale ta noc była
nieprawdopodobna, jakże intensywnie czułem życie, które z niego ucieka i ze
mnie ucieka, a jest takie upajające. (…) W tym małym drewnianym pokoiku starego
domu zamykała się ta bezbrzeżna cisza, i radość, i strach śmierci, i wszystko
takie piękne i intensywne, jakie bywa tylko wtedy, kiedy ma się koło siebie
człowieka, którego się bardzo kocha. Kocha się nie erotyzmem, nie marną
pieszczotą, ale jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci. Myślę,
że tak kochać może tylko mężczyzna mężczyznę i w tym tai się nagroda dla nas –
okaleczonych – za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej” (24 sierpnia 1957)
„[Jurek] Okropnie wygląda. Ale
był taki dobry, tak jasny w tym padającym bez przerwy śniegu, że to wszystko
wydało mi się głupstwem, skoro się przeżyło taki
jeden dzień. Wart on więcej niż sto dni szarzyzny, kłótni
nocników i dzieci. Radość bytu odczuta do samej głębi, chwała istnienia, chwała
tworzenia, fantastyczny hymn życia w obliczu śmierci, urąganie śmierci. Mówił o
dniach spędzonych ze mną w Krakowie, w Kopenhadze jak o bajce. Jakież
szczęście, że mogłem mu to dać i że on mógł mi dać tyle. Dancing w Tivoli i
ucieczka wśród gasnących lampionów – jakież to piękne. I nikt tego nie rozumie,
tej radości i tego szczęścia. Wszyscy myślą, że to polega na rżnięciu w dupę! A
przecież to już Sokrates wyłożył Alcybiadesowi, że nie na tym polega szczęście
i radość, jakiej doznają dwaj mężczyźni z obcowania ze sobą. I przez tyle
wieków nikt tego właściwie nie zrozumiał – i zawsze to interpretują poprzez
gówno”
(7 stycznia 1958).
Cóż można tu dodać? Ta opowieść
broni się sama.
Opis autorstwa Michała Urbaniaka.